Choć blog jest zakończony, będę tu wpadać, więc możecie komentować i pisać. Do końca jeszcze go nie opuściłam! I również nie zamierzam go usuwać.
Wpadajcie na nowego bloga (o wszystkim i niczym)!
Chcecie dowiedzieć się o mnie więcej? "Kontakt i Portale Społecznościowe"
Instagram: aleks_lover
Snapchat: aleksa213
Ask: aleks_to_ja
Twitter: @arleciaxd
Musical.ly: paandaa13

sobota, 5 grudnia 2015

Chapter 26 "Po prostu"

♪ Ross ♪

- Czemu powiedziałaś "nie"? Przecież było między wami dobrze. - zapytałem przejęty.
- No właśnie się nie układało. N i c  nie było ostatnio dobrze. Było źle. Nie pocieszał mnie, nie wspierał i nawet już nie przytulał! Gdy oglądaliśmy telewizję to zrobiło mi się zimno, więc powiedziałam żeby Riker podał mi koc, ale on powiedział, że mu się nie chce. Wtedy powiedziałam "skoro nie, to mnie przytul". A on spojrzał się na mnie jak na idiotkę i odszedł. I nawet nie podał mi tego przeklętego koca!
- Ty jesteś zła czy zrozpaczona? - zapytała Raini.
- Już sama wiem.
- My nie możemy się do tego wtrącać. Najlepiej pogadaj o tym z Rydel. - powiedział Ellington, kładąc rękę na ramieniu przyjaciółki.
- Lepiej mówcie co z Laurą.
- Siedzimy tu już od pół godziny. Nic nam jeszcze nie powiedzieli. - powiedziałem, patrząc na kolejny list.
- Przecież to aż trzy kule... To może potrwać... Amm.. Ross?
- Tak? - podniosłem wzrok na szatynkę.
- Słyszałam o twoim planie z włamywaczem.
- To dobrze. Nie będę ci tego musiał tłumaczyć. - moje oczy znów wpatrywały się na kartkę papieru.
- Dobrze robisz. Nie słuchaj ich.
- I nie słucham. - oznajmiłem, kiedy do sali weszła pielęgniarka. - I jak? - zapytałem odruchowo.
- Pani Marano jest jeszcze w trakcie operacji. Potrwa ona może jeszcze z godzinkę, dwie. Niech paaństwo zrobią coś z tymi tłumami paparazzi. Prawie staranowali jednego pacjenta! Jeśli nie odejdą, szpital będzie zmuszony zawiadomić policję.
- Tak, tak, już idziemy. - powiedziałem i zabrałem resztę z sali. Wyszliśmy na zewnątrz.
- Ell, Calum idziecie na lewo, Vanessa z Raini na prawo, ja odejdą tylko trochę. - omówiliśmy plan wracając na chwilę do środka. Wyszliśmy i działaliśmy według planu.
- Obiecujemy, że gdy Laura wyzdrowieje, będziecie mogli zrobić z nią wywiad, ale nie teraz! Teraz przeprowadzona jest operacja. Jeśli nie odejdziecie państwo z pod tej placówki, panna Marano nie udzieli wam wywiadu! Sami osobiście ją przed tym ostrzegniemy. - powiedziałem, jednak to nie wystarczyło.
- Potomek Hitlera przyjechał do Miami i chodzi po ich ulicach! Dokładniej koło najbliższej szkoły! - krzyknął Ellington.
- Wiesz, paparazzi są tacy łatwowierni. - powiedział mi, gdy wszyscy staliśmy przed szpitalem, patrząc na odjeżdżające auta.
- Zwolnią tych dziennikarzy. - powiedziała Vanessa.
- Tak.
- Dokładnie.
- No racja.
- Mądrze powiedziane.
     "Rozszumieliśmy" się z chłopakami i Rodriguez.
- Dobra, chodźcie. Może zdążę przeczytać jeszcze trochę tych listów. - oznajmiłem.

♪ 3 h potem ♪

- Czwarta kawa to o wiele za dużo, Calum. Muszę ci tego zabronić. - powiedziała Raini, zatrzymując chłopaka przed drzwiami. 
- Ale ja tu za chwilę umrę z niecierpliwości! - prawie krzyknął Worthy, opadając na łóżko. 
- Masz. - szatynka podała mu jakąś tabletkę, która wyjęła z torby. - To na uspokojenie. Ross, dajesz sobie radę? - zwróciła się do mnie. - Masz podkrążone oczy i w ogóle wyglądasz źle. 
- Raini, moją ukochaną tną wzdłuż, wszerz, w poprzek, across i w ogóle! I jak mam nie płakać? I jak mam się nie czuć źle? - zapytałem, nie myśląc. Po przeanalizowaniu tego co powiedziałem, poczułem się głupio. - Przepraszam... Operacja miała się skończyć godzinę temu. 
- Ale Ross, operacja się skończyła godzinę temu. Za chwilę powinni ją przywieźć tutaj, już spokojną, zszytą i wybudzoną. - powiedziała Van.
- Że jak? 
- Kiedy ty z Calumem poszliście po drugą kawę lekarz wszedł, powiedział "operacja zakończona" i nic więcej. 
- Kuurde, dziewczyny, czemu nie powiedziałyście? Przecież ja tu umieram z niepokoju! 
- Co wy dzisiaj z tym umieraniem? - zapytał Ell.
- Tak jakoś. - odpowiedział Calum. 
      Na korytarzu rozległy się kroki i szmery. Otworzyły się drzwi i na salę wjechało łóżko razem z Laurą. Wszyscy ją okrążyli. Ona tylko uśmiechnęła się do wszystkich delikatnie, przez lekko sine usta.
- Ja żyję. - powiedziała. - Ale nie mogę się śmiać. - złapałem swoją dziewczynę za rękę, ale za chwilę znów musiałem ją puścić, ponieważ pielęgniarki musiały jej dopiąć kroplówkę. 
       Po kilku minutach zostaliśmy tylko my: Laura, ja, Vanessa, Raini, Ellington i Calum. 
- Rossy, ja nie umrę?
- Nie. Ty żyjesz, kochanie. - ucałowałem ją w czoło. Ona znów uśmiechnęła się delikatnie.
       Vanessa podeszła z przeciwnej strony łóżka i złapała ją za drugą rękę.
- Już nigdy więcej się z nim nie kłóć i nie rozstawaj. On jest zbyt dla ciebie dobry. - powiedziała i łza poleciała jej po policzku.
       Laura żyje, uśmiecha się. Może i czeka ją jeszcze rehabilitacja, ale jest w świecie żywych. My mamy po prostu takiego pecha, że najbardziej doceniamy życie jak jesteśmy w szpitalu albo po prostu po wypadku. Życie jest podłe. Ale my, ludzie, go nie doceniamy, a ono się odwdzięcza.

♪ tydzień później ♪


- Dobrze, świetnie, jest coraz lepiej. Prostuj się. Plecy są już w bardzo dobrej formie. - wszedłem do sali podczas monologu rehabilitanta. Podszedłem do Lau i ucałowałem ją.
- I odzyskujesz kolorki. - popatrzyłem na jej rumiane policzki.
- To przez wysiłek. Ale dobrze, że już nie jestem ścianą. - zażartowała brunetka i z moją pomocą usiadła na wózku.
- Tak, w zupełności się zgadzam. - powiedział rehabilitant i wpisał postępy dzisiejszych zajęć.
- Kiedy musisz iść? - zapytała moja dziewczyna, gdy byliśmy na korytarzu.
- Przyszedłem się tylko przywitać i spadam.
- Co? Czemu?
- Po prostu. Muszę. - pocałowałem ją i położyłem na szpitalnym łóżku. - Raini za chwilę powinna przyjść z książkami i pomóc ci w nauce.
- Ah, no racja. Chociaż nie będę sama. Jak to coś ważnego, to już leć, nie będę cię zatrzymywać.
- To mega ważne. Pa, kochanie. - powiedziałem i jeszcze raz ją ucałowałem. Prawie wybiegłem ze szpitala.
       Założyłem perukę i kaptur, by nikt mnie nie rozpoznał. Przecież wyjechałem w trasę. Czemu tu jeszcze jestem?
      Podjechałem pod komisariat policji. Wszedłem do biura komisarza i zdjąłem sztuczne włosy.
- Włamywacz powinien działać gdzieś pod wieczór lub wtedy, kiedy nikogo nie będzie. - powiedziałem.
- Moi ludzie już tam są od samego rana.
- Pod szpitalem ktoś jest?
- Tak, wzmocniliśmy ochronę. Panie Lynch, mam do pana pytanie. Czy zgadza się być pan świadkiem w sądzie w sprawie pani Marano?
- Oczywiście. Możemy już jechać?
- Tak, proszę załóż perukę. Zaprowadzimy cię do radiowozu. Staniemy blisko domu pani Marano. Jeden policjant do zmyłki pójdzie do pączkarni, a my będziemy siedzieć w aucie. Przestępca jest odważny. Prawdopodobnie uda, że idzie do swojego domu.
- Jasne.

♪ narrator ♪

Wszystko szło zgodnie z planem. Komisarz i Ross patrzeli bacznie na ulicę. Było dość spokojnie. Na chodniku pojawił się wysoki brunet. Wyjął portfel, a z niego klucze.
- On tu nie mieszka. - powiedział blondyn stanowczo.
- To skąd ma klucze? - zapytał komisarz.
Brunet rozejrzał się kilka razy. Z sąsiedniego domu wyjrzała starsza kobieta. Nawet w radiowozie dało się słyszeć jej ochrypły głos;
- Pan nowy sąsiad? - zapytała.
- Na ty wygląda. - odkrzyknął jej mężczyzna.
- Chłopaki, intruz się zbliża. Kod 257, powtarzam kod 257.
Brunet otworzył sobie drzwi kluczem i wszedł do środka. Tam czekała na niego policja.
Powalili chłopak na ziemi i po chwili wszyscy jechali znów na komisariat.
- Gadaj! Po co to zrobiłeś! - Ross słuchał całego przesłuchania.
- Mogła o tym komuś wyjawić.
- Jak wszedłeś do jej domu?
- Przez balkon.
- Skąd miałeś klucze?
- Leżały, to wziąłem.
Brunet nazywał się Shaun Cooper. Działał pod zleceniem swojego ojca, Ridera Coopera. Kradnąc zarabiał na życie. Był jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w Miami.
Lynch wyszedł na korytarz. Czekał. Czekał, aż będzie mógł mu spojrzeć w oczy. Policja mu nie pozwoliła.
W końcu facet wyszedł pod osłoną policji.
Ross wstał i spojrzał mu się w oczy. Jakiś policjant trzymał go na dystans od bruneta.
- Po co?
- Po prostu.
Ross nie wytrzymał. Zamachnął się uderzył chłopaka z pięści w twarz. Policjant skuł Rossa.
- Należało mi się. Przeproś ją ode mnie. I powiedz, że... Że już nigdy nikogo nie okradnę.
I na tym dialogu chłopaków skończyło się ich spotkanie. Shauna wsadzono na cztery lata, a Rossa wypuszczono, gdy kraty zamknęły się za brunetem, by ten nie mógł mu nic zrobić.

::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::::

Dawno dawno temu
Za 24 rozdziałem
Pewna blogerka Aleks
Dodała rozdział 25

Dawno dawno temu.

Kurde, no racja, że trochę dawno. Myślałam nad zrobieniem rozdziału świątecznego. Powinien się pojawić nie długo ;]

1 komentarz: